NYSA   ŁUŻYCKA 2012 – delikatne wspomnienia

NYSA ŁUŻYCKA 2012 – delikatne wspomnienia

22 listopada 2012 0 przez kawenik

nasza ekipa KTW „Celuloza” już poraz drugi w swojej kajakarskiej karierze wybrała się na zajefajny spływ kajakowy do OLA „Czerwone jajcio” …………………………………

             … … … … … … … … …  ostatnimi czasy często zdarza się, że wyruszamy już we czwartek . Jak to już mamy w tradycji  jedziemy wozem Elizy i Młodego we czwórkę. Kierownicy samochodu  Michu  i  kawenik . Gośka zaś zostaje odebrana z dworca PKP w Zielonej Górze. Jedziemy bardzo, ale to bardzo długo co daje nam (pasażerom  tylnego siedzenia) możliwość spokojnej degustacji jednego z naszych ulubionych trunków. W końcu późną nocą docieramy na miejsce „spoczynku”. Mała przygraniczna wioseczka a w niej szkoła podstawowa – baza noclegowa III Ogólnopolskiego Jesiennego Spływu Kajakowego NYSA ŁUŻYCKA .  Wyskakujemy zadowoleni z autka, powitania, uściski, całusy, radość nie do opamiętania –  powitaniom  nie ma końca. Aż tutaj nagle, znienacka, całkowicie z zaskoczenia pada hasło . . . . . . . . . . . . . . . . . . zakaz spożywania napojów alkoholowych w obiekcie szkolnym jak i na terenie szkoły – KATEGORYCZNY ???? Jesteśmy lekko, ba, nawet mocno oszołomieni i zdziwieni. Jak to, przecież my mamy gitary i chęć do nocnych zabaw i śpiewów. Niestety nasze miłe buzie zostały zapamiętane od razu przez pana  „pilnowacza” , „salowego” , „kapusia” czy jak go tam zwał (a przezwisk miał nieskończoną ilość, niektóre nawet dość oryginalne).

Po krótkiej konsternacji przyszedł czas na rozbicie naszego salowego obozowiska. Większość uczestników już przyjechała więc najlepsze miejscówki pod ścianami zajęte. Jednak MY dzięki pomysłowości naszej fenomenalnej kajakarki górskiej Agatki oraz naszej przesympatycznej Elizy , nie mniej ni więcej też kajakarki – przechytrzyliśmy wszystkich. Udając się dokładnie w kierunku środka sali wyciągamy nasze namioty i zakładamy obóz . . . . . . . . . Zdziwienie i zaskoczenie innych kajakarzy było olbrzymie, ale o to właśnie chodziło – znowu wszystkich zaskoczyliśmy. Zapominając powbijać śledzi w taki oto sposób powstało nasze obozowisko : „jaskinia zła” , wrzut na tyłku „pilnowacza”, centralny punkt zborny na tej imprezie. „Salowy” trzy razy przecierał oczy, bo nie mógł uwierzyć co się dzieje na jego ukochanej sali (dam sobie małego obciąć, że jak już zasnęliśmy nad ranem chodził i sprawdzał czy śledzi nie powbijaliśmy – biedaczysko, pewnie miał bezsenną noc). Po lekkich zabiegach kosmetycznych : ławkach, stolikach i innych takich tam pierdołach zaczęła się prawdziwa integracja kajakowa . Dość szybko, no może nawet bardzo szybko zapomnieliśmy o „pilnowaczu” i reszta wieczoru odbyła się już po staremu – współczuję tylko „współspaczą” na sali, że pewnie było im ciężko zasnąć. Przepraszamy bardzo, ale takie są uroki wspólnego spania i obiecujemy, że następnym razem postaramy się wytrzymać jeszcze dłużej. Rano w piątek zanim jeszcze otworzyliśmy oczy i komandor Olek zaczął nas opindalać i gnać na etap, ktoś wysprzątał cały nasz „środeczkowi” bajzel – łącznie z butelkami pełnymi. A to ci dopiero niespodzianka, może ktoś zgadnie kto to był  ?? Tak, dobrze się domyślacie to pan „PILNOWACZ” ! ! ! ! Rozpętało się małe piekiełko, było lekko niebezpiecznie i nieprzyjemnie, ale na szczęście nasz KOMANDIR „Czerwone Jańcio” wszystko załatwił i mogliśmy spokojnie dalej spływać kajakami. Jedziemy na etap lekko opóźnieni ,bo tir do kajaków przyjechał dwie godziny później – i było tak rano wprowadzać nerwową atmosferę ??? Startujemy do etapu zajmując niestety zupełnie przypadkowo jedne z ostatnich miejsc. Nysa nie za głęboka, nurt dość bystry więc genialnie sobie pomyśleliśmy, że za dużo nie trzeba wiosłować. No i tak sobie wesoło i bystro płyniemy. Jednak nasz ukochany pilot MIRECZEK nie jest z tego zadowolony i co chwilę nas pogania – ma chłop zdrowie i cierpliwość. W końcu doczekaliśmy przerwy chyba po 8km. kiełbaska, herbatka, chlebek, smaluszek, babka – full wypas jednym słowem, pełna profeska. Najedzeni, pozytywnie nastawieni do innych postanowiliśmy w kilkanaście osób, że nie będziemy naszego MIRKA kochanego katować jak jacyś bezduszni kajakarze – postanowiliśmy zakończyć tutaj etap dla bezpieczeństwa naszego oraz innych uczestników. Wieczorek jak zwykle integracja. Pan „pilnowacz” miał nas ciągle na oku ,ale jakoś za bardzo się im nie przejmowaliśmy i dalej kulturalnie robiliśmy swoje spływowe czynności. Drugi etap zaczynamy niestety od połowy (chęci pływania były olbrzymie), bo kajaki mamy akurat na połowie etapu – przemawia przez nas smutek i żal. Spływ jednak przypłynął przed czasem i po świetnym cateringu (kiełbaska, herbatka, barszczyk, smaluszek, chlebek, drożdżówka) ruszamy dalej wspólnie na wodę. Była jeszcze taka ekipa, nie powiem jaka, która spływ skończyła na połowie i próbowała za wszelką cenę namówić nas do złego. My jednak kajakarze i kajakarki z KTW „Celuloza” ruszyliśmy dzielnie na szlak. No muszę przyznać, że MIRUŚ nie był zadowolony, ale cóż miał chłopina począć. Było jak wczoraj, nurt szybki, nie trzeba wiosłować – płynęło się jak w raju. Tylko Mirusiowi było nie do końca fantastycznie. Poganiał nas, ponaglał, prosił, wykrzykiwał – a my jak ten słup soli ciągle spokojnie, na luzie, zrelaksowani. W taki oto sposób dobrnęliśmy do końca drugiego etapu, gdzie jeszcze ponad godzinę musieliśmy czekać na autokar. Jak zwykle było miło i sympatycznie. Poraz kolejny dam sobie obciąć „małego” , że kolega Mirek nam nie chce tego wybaczyć i pewnie modli się po cichu, żebyśmy już więcej nie płynęli. Jedziemy na obiad do restauracji a później na zwiedzanie parku i pałacu. Jako, że zrobiło się chłodno i nieprzyjemnie „grupa trzymająca władzę” zadecydowała, że dajemy nogę do szkółki. Poczekaliśmy na autko, spakowaliśmy się, zakupiliśmy conieco a potem jak małe dzieci wymyśliliśmy sobie zabawę ze snopkami na jednym z pobliskich pól. Wieczorkiem zaś dyskoteka w pobliskiej restauracji. Sto lat dla naszego OLA , mały striptiz w wykonaniu Miłosza, Miodka, Mich i kawenika (podobno zabrakło tylko ściągniętych majteczek) i zabawa taneczna do białego rano tak aby jeszcze na Sali zaśpiewać wszystkim „czwarta nad ranem” z repertuaru SDM o piątek nad ranem. Niedziela dzień znienawidzony przez kajakarzy przyjezdnych z daleka – wczesna pobudka, za świeże powietrze i ten nieznośny bólik główki – jak żyć, no jak żyć. A tutaj trzeba płynąć. KTW z przyjaciółmi wysłuchawszy wczorajszych „modlitw” Mirka postanawia nie płynąć niedzielnego etapu – mimo naprawdę najszczerszych chęci (mam nadzieję , że prezes Mirek to doceni i za rok nas przyjmie na spływ). Po drugie nasz mała Gośka musi zdążyć na pociąg do Wawy a przy naszym płynięciu to mało prawdopodobne byłoby. Zbieramy kajaki, pakujemy się, jemy obiadzik w jakiejś knajpce (dziewczyny w tzw. Międzyczasie wymieniają koło u Agaty w aucie – normalnie Agata, Gosi i Eliza do teamu formuły 1) i udajemy się na zakończenie. Szybkie jedzonko buziaki, uściski, łezki w oczach i obietnice kolejnych kajakowych spotkań ………………………………………………………………… Świecie jedzie do domku !!

Dziękujemy wszystkim za przesympatycznie spędzony czas, proszę nas już zapisać na następny rok – na pewno będziemy !!!! Obiecujemy, że za rok nie będziemy nic a nic gorsi niż w tym roku (choć szkolenia odbywamy sukcesywnie).

Dziękujemy Oluś, że nas chciałeś. Mireczku nie przejmuj się wcale, gorzej już być nie może ……… , no chyba, żeby mogło być – ale my tego nie wiemy !!!!!!!!!!!!!!!!!